Przewodnik biadoli, że mogłeś żyć dłużej
– poznałbyś swoje dorosłe dzieci i wnuki,
ale czy to istotne? Robiłeś, co miałeś robić,
płacili za dzień tyle ile innym za miesiąc.
Zyskałbyś dekadę dzięki zwykłej masce
przeciwpyłowej. Czy to ma znaczenie?
Mógłbyś żartować, że papież też trzymał
udar, bo tak samo trzęsą mu się dłonie.
Ruscy okpili Polaków, ale ciebie nikt
nie oszukał – zarobiłeś na każdą żyłę,
każdego niespotkanego wnuka.
W świetle karbidu majaczyły twarze,
przez zgrzyt wiertła przebijały się głosy
– potomkowie, czy tylko fantazje?
Napisałem ogłoszenie w imieniu mojego psa
„Grom będzie stróżował za budę i michę karmy”
Drugi, o imieniu Brutal, jest na tyle niewielki
i mądry, że przeszedł między szczeblami i znikł.
Psy żyją krótko, ale licho wie, kiedy zejdę,
a straciłem do nich zaufanie, gdy usłyszałem,
że Mongołowie rzucają trupy bliskich psom
– Grom nawet po pełnej misce jest nienażarty.
Przygarnąłem czarnego kota – Carry ociera się
o nogawki, reaguje na imię jak pies, a w pecha
nie wierzy tak bardzo jak ja. Sama dba o posiłki,
nie hałasuje, gdy spisuję przykazania podróży:
1. Uuczlaaraj*, przyjacielu, zanim zagoszczę
w twoim namiocie i upiję się wódką archi,
pozwól poznać twoją żonę. 2. W moi kraju
da się żyć bez psów, oto zdjęcie mojego kota!
A gdy zaleje cię ocean, wstaniesz, jak co dzień, rano,
zaszurasz kapciami po schodach, rozwiniesz rolety
i pozamykasz okna, żeby nie wpływała gorąca woda.
Orzeźwisz się prysznicem, ubierzesz letnią sukienkę,
rozłożysz koc przed domem, zaparzysz kawę z mlekiem,
podlejesz kwiaty, później popłyną piosenki Walewskiej.
Wypadniesz z pontonu na rzece Tisuri, utoniesz
w hałasie najprzeróżniejszych pojazdów Kathmandu,
zadławisz się kurzem ulic i dymem palonych ciał;
krzykniesz na tresera uderzającego słonia
w najwrażliwsze miejsce na jego głowie,
przywalisz mu, gdy zamachnie się jeszcze raz;
Duchowni już nie reagują na tragedie – otrzymali znaki
- opuszczają świątynie, dobra i przerażonych wiernych.
Od miesięcy zbierają się na zboczu świętej góry Anatolii,
ustalają koligacje bogów, spisują pieśni i mantry
w starych językach, odciskają je na glinianych tablicach.
Najwyżej pracują erudyci o proporcjonalnych twarzach,
szpetni mnisi giną strącani kopnięciami szlachetniejszych.
We wskazanym miejscu wykopano pokrytą patyną sztabę
zapisaną piktogramami – treść rozchodzi się szeptem:
mężczyźni podparci na głowach innych rozgarniają ziemię,
zbliżają się do słońca na którym niezadowoleni ojcowie
ojców duszą kolejno swoje dzieci aż do najbrzydszego.
Nie szydź, nie wytrzymam więcej szyderstw,
nadchodzi zmierzch, nie potrafię krzyknąć.
Wezwałbym imię ojca, spytał, gdzie jest
i czy mnie nie opuścił; nie opuszczaj, ojcze.
Coraz więcej rozumiem, przez co mniej czuję.
Nie boli szturchanie w bok, ignoruję piania,
bawią mnie nieprzyjazne spojrzenia, grymasy.
Zaprawdę powiadam ci, dziś będziesz ze mną
kradł konie, pędził, zaglądał przez okna wagonów;
a ja wystawię kciuk i zatrzymam pociąg.
Śnieg rysuje kreski wokół lamp i witryn zamkniętych sklepów.
Samochody przejeżdżają wolno, przechodnie rozmawiają cicho.
Łatwo zamilknąć, smakować mroźne powietrze, uśmiechnąć się
na myśl o nerwowym zerkaniu na zegarek.
Dlaczego pomyślałem o pięknych Włoszkach?
Jedynie wózki bagażowe krzyczą: z lotniska na sztokholmski dworzec
dwadzieścia minut! Pociąg jedzie szybko, nie stuka o szyny.
Coraz głośniej szumi powietrze. Elegancka pani sprawdza bilety.
Przypomina bohaterkę „Japońskiej historii”:
pociągła, duża twarz – Szwedzi są wysocy i męscy;
Szwedki również.
Zesłałeś nam tyle prawd, ile zmieściłeś w garściach
- antynaturalnie, podobno na dwóch skałach. Nie zabijaj
i nie pozwól uciąć ucha, bo przecież mamy słuchać:
o potopie – tego pogromu jeszcze nikt nie zdołał przewyższyć
-zginęli wszyscy: niegodziwi mężczyźni, kobiety, oraz ich dzieci;
nie zabijaj, dla otrzeźwienia uderz w policzek i opowiadaj
o Sodomie i Gomorze – niegodziwcy zapomnieli o własnym ojcu
- trupy rozpustników i ich rodzin zakryło martwe morze.
Inni bogowie drwią, że jesteś jedynym,
który sam siebie zabił i sobie złożył w ofierze;
a my istotami, które zabiły swego Boga,
żeby go sobie zjednać.
A gdy zaleje mnie ocean, rano wstanę, jak co dzień,
z łóżka, włożę kapcie, cicho zaszuram po schodach,
wyjrzę przez okno i puszczę strugę gorącej wody.
Klucze będą leżały tam gdzie zawsze – na półce
w przedpokoju. Na ten mebel mówimy „Ludwik”
bo zrobił go dziadek, podobnie jak stojak na kwiaty.
Nie będę już potrzebował wodoodpornych kurtek,
nowoczesnych membran dających luksusowy wybór:
być mokrym od deszczu, czy potu – pot był swojski.
W drodze do pracy nie zatrzymam się przy sklepie,
bo przecież będzie zbyt wcześnie – za kwadrans
wypłyną świeże bułki bez chrupiącej skórki.
Przed oczyszczalnią zacisnę usta – zamknę obieg.
Przeciągnę się wychodząc z samochodu. Na biurku
będzie stał kubek, gorąca kawa rozpłynie się wokół.