Bez kategorii

(archives)

Spacer nad Zaporę

– Ludwik Perney

Idziemy nad Zaporę. Mówię do Wiktora,
że mijani ludzie lampią się na moją nogę.
– Zwróć uwagę na tę parę, spojrzą oboje.
Wiktor przygląda się, mijamy ich.

– Nie patrzyli, coś sobie ubzdurałeś,
masz hopla z tą nogą! – Wiktor zagląda
mi w oczy, a ja odpowiadam, że ludzie
lampią się na moją nogę. – A tych dwoje

spłoszyłeś, bo gapiłeś się zbyt intensywnie.
Spróbuj dyskretnie, załóż okulary i zerknij,
gdy będziemy mijać tę dziewczynę z pieskiem,
zobaczysz, będzie lampić się na moją nogę!

Wiktor patrzy przed siebie, zasłonił oczy
okularami i gdy ją mijamy, zerka. Ja też
zerkam. – Nie spojrzała, widzisz? – mówi,
więc odpowiadam mu, że ta dziewczyna,

tak jak wszyscy, lampiła się na moją nogę.
– Nie widzisz tego, bo ta noga jest moja,
dostrzegłbyś każde spojrzenie, każdy ruch oka
wykonany, żeby lampić się na twoją nogę.

Analiza autorstwa Alx’a z PoeWiki

 

 

 

Przywitania, pocałunki

– Ludwik Perney

Kasia otwiera okno i powtarza,
żebyśmy jechali ostrożnie. Kiwamy
głowami – tak jak odpowiada się „cześć”.

Pierwsze krople deszczu nie określają się
– nie są dobre, ani złe, nie chcą przeszkadzać,
ani pomagać – mówią „hej”.

Ziemia pozdrowiła mnie uściskiem
– gwałtownie, nie pytając o zgodę.
Takie czułości z podłożem to przesada.

Kasia mówi „a nie mówiłam” i milknie.
Dopiero gdy potwierdzam, że pamiętam,
uśmiecha się i wita pocałunkiem w policzek.

Rozmowy, gesty, kot

– Ludwik Perney

Pomarszczony mężczyzna, którego bladą głowę
pokrywają strzępki białych włosów, rozmawia
z nieco młodszą kobietą, ja rozmawiam ze sobą.

Czterdziestoletnia na oko kobieta, nieco zbyt obfita
w udach, biodrach i ramionach, rozmawia z mężem,
który mieści się w wąskich jeansach; rozmawiam ze sobą.

Zmęczony, młody lekarz zerka na świeżą bliznę na dłoni
dziewczyny w czarnych getrach i nie przerywa rozmowy
– pacjentka czeka na ból, czekam co powiem.

Ból nie nadchodzi, przysłał lęk – rozmawia z dziewczyną,
obfitą panią, znosi ignorancję jej męża, rutynę lekarza,
nieuwagę starszej pary i ociera się o blizny na mojej kostce.

Puste miejsca

– Ludwik Perney

Zawahaliśmy się, niezdarni w naszych najlepszych garniturach,
Po czym ruszyliśmy na pomoc i uwolniliśmy ją.
„Odwiedzając umarłych” Ciaran Carson (tłum. Piotr Sommer)

Garniturom lepiej jest w szafie.
Uniesione ramiona naciągają szwy
– trumna uwięzła na schodach.

Profesjonalne żelazko potrzebuje pary
pompowanej z generatora wprost w stopę
– ciężką jak tych, które zawierały duszę.

Wytwornica nie zechce pracować
dla jednej marynarki – nie opieraj się,
wyciągnij ramiona, trumna uwięzła!

Otwórzmy wieko, niech len będzie
jak wygładzone zmarszczki zmarłej.

Rachunki, porachunki

– Ludwik Perney

Rychu ocenia, że ludzi jest o jedną trzecią za dużo.
Kupują i żrą. Przystają tylko w kolejkach do kas
– jeszcze raz biorą do rąk wszystko, co nabyli
i co niedługo zeżrą.

Edyta nie czuje porannej bryzy,
nie znajduje ciszy: pies skamle,
kot patrzy z wyrzutem przez szybę.

Rychu chciałby nacisnąć guzik.
– Pstryk i paruje co trzeci człowiek.
– Rychu, a jeśli zniknąłbyś i ty?

Sąsiad się odezwał – pisze Edyta
– życzył miłego dnia,
skojarzyło się z miłym dnem.

Rychu chwilę milczy, jakby coś liczył,
spogląda na mnie strapiony,
chyba zaryzykuje.

Cynamon, soda

– Ludwik Perney

1.
Domowa uroczystość, rocznica narodzin
któregoś z nas – nieważne którego
– przegryzamy słodkie ciasta
i gorycz.

Między nami unosi się wstyd
– jakby bycie rodziną polegało na
wspólnej tajemnicy, której nie potrafię
sobie przypomnieć.

2.
Wiktor nauczył się kłamać.
Patrzy w oczy i zapewnia tak gorliwie
– próbuje zmienić istotę spraw, nie wie,
jak bardzo są nieistotne względem kłamstwa.

3.
Ojciec zmienia koncepcję pochówku
(czekoladowa babka wyszła świetna!),
chce, żeby jego prochy rozsypać,

wie, że nie jest to zgodne z prawem,
ale przecież możemy oddać urzędnikom
pustą urnę – żyje pod prąd, marzy,
żeby raz mu się oddać?

4.
Narośl na kolanie zniknie, gdy przestaniesz rosnąć
– lekarz, który diagnozował, wyszedł z założenia,
że wciąż coś w nas narasta, żeby zniknąć.

Cukrowa wata, dziesiątka w cyrkowej strzelnicy

– Ludwik Perney

Brak poprawności okupuję od lat – piętnowaniem,
jego cieniem czy choćby perspektywą. Dziś w nocy,
na przykład, obudził mnie strzał i bałem się
aż do ponownego zaśnięcia. Długo myślałem czy padł

we śnie, czy realnie. Do tego ogarnęła mnie rozterka
czy to jakaś różnica, skoro spod skrzypiącego dachu
na rozbujaną łajbę prowadził mniej niż jeden krok
– rozbujana łajba pełna była niepoprawności.

Unosi się wśród wzburzenia, wokół toną poprawni
– zaskoczeni, a przecież na pewno ktoś ich uprzedzał!
Boję się poprawności, przepraszam, nie zwracaj mi uwagi,
umówmy się na słowiańską intuicję – komunikacyjny taniec.

Już dobrze, czujesz? Niepoprawny instynkt sprawia,
że widzę w tobie drobną zwierzynę. Jesteś królikiem,
wiejskim drobiem – zdrową kurą przerzucającą ciężar
kruchej piersi z soczystego udka na soczyste udko.

Kurs lawinowy

– Ludwik Perney

Porwany przez lawinę najczęściej zastyga twarzą do ziemi
– wcześniej odurzany nadmiarem powietrza, usłyszał gong.
Później odurza go śnieg, a własny oddech truje.

Porwany przez lawinę najczęściej czeka osiemnaście minut,
z każdą kolejną zapomina tysiąc słów. Detektor droczy się
– nie prowadzi wprost do ciała, układa ślady po elipsie.

Porwany przez lawinę najczęściej czeka metr poniżej
butów ratowników. Sonda przebija śnieg, szturcha
plecy, rękę, czasem uderza prosto w głowę – dlatego

porwany przez lawinę najczęściej nie wysyła sygnału,
gdy słyszy skrzypienie śniegu, wstrzymuje oddech,
zastyga – zazwyczaj twarzą zwróconą do ziemi.

Nierówna rywalizacja z redaktorami pewnego pisma dla panów

– Ludwik Perney

1.
Ukraiński milicjant przedstawił się
imieniem, nazwiskiem i ilością
spłodzonych dzieci.

(Podaję prawo jazdy, paszport
i dowód rejestracyjny.)

Mówi, że przekroczyłem dozwoloną prędkość.
Proponuje mandat wysokości sześciuset Hrywien

Jechałem przepisowo.
Siergiej ma dwoje ditiej
– po 300 Hrywien na każde

2.
Camal wystukał numer telefonu swojej kobiety
i podał mi aparat. – Namaste! – powiedziałem.
Nepalka zachichotała, a Camal położył dłoń
na moim kolanie i uśmiecha się czule.

Raj tłumaczy, że w Nepalu sympatię
okazuje się tylko mężczyznom
– czułość wobec kobiet jest nieprzyzwoita

3.
Marcin Meller założył się z dziennikarzem,
że w ciągu dwudziestu minut spaceru po Tibilisi
przypadkowy Gruzin zaprosi go na obiad.

Nie wiem co było przedmiotem zakładu.
Meller kocha Gruzinów, Gruzini
kochają Mellera.

4.
W listopadzie dwa tysiące ósmego roku
Tomasz Raczek i Marcin Szczygielski
zostali uznani za najpiękniejszą parę roku.

Drugi piątek stycznia 2012

– Ludwik Perney

1.
Piątek zaczął się od kałuży krwi
rozlanej pod drzwiami hurtowni na Podwalu
– chwilę czekaliśmy razem: ja trochę krócej,
krew dłużej. Nie zamieniliśmy ani słowa,

choć pamiętam najbardziej uniwersalne zdanie
– trzymam je na wypadek musu konwersacji
w windach, czy kolejce (jak tutaj): „Różnie bywa”

– z takim orężem zachowam się społecznie
w każdej sytuacji. Zagiąć mnie można
jedynie pytając „która jest godzina”,

ale to pytanie, nawet zadawane bełkotem,
poznam po charakterystycznej intonacji.

2.
Odwiedziłem ojca, zjedliśmy śniadanie
i zastanawialiśmy się
czy można włożyć sobie lufę pistoletu do ust
i nie trafić w głowę.

3.
Dzwoni Edyta, wścieka się. Jej klient nie przyszedł
na umówione spotkanie, w dodatku nie odbiera telefonu.
– jestem bezsilna – mówi – Marek,
przywaliłbyś mu, gdybyś go teraz spotkał?

4.
Można.

5.
Dzwoni Edyta, mówi, że nie uwierzę:
klient odezwał się w końcu. Okradziono go,
a wcześniej oczywiście pobito – piątek
zaczął się od kałuży krwi na Podwalu.

poezja, wiersze, proza, wydawnictwo literackie