Bez kategorii

(archives)

Drugi piątek stycznia 2012

– Ludwik Perney

1.
Piątek zaczął się od kałuży krwi
rozlanej pod drzwiami hurtowni na Podwalu
– chwilę czekaliśmy razem: ja trochę krócej,
krew dłużej. Nie zamieniliśmy ani słowa,

choć pamiętam najbardziej uniwersalne zdanie
– trzymam je na wypadek musu konwersacji
w windach, czy kolejce (jak tutaj): „Różnie bywa”

– z takim orężem zachowam się społecznie
w każdej sytuacji. Zagiąć mnie można
jedynie pytając „która jest godzina”,

ale to pytanie, nawet zadawane bełkotem,
poznam po charakterystycznej intonacji.

2.
Odwiedziłem ojca, zjedliśmy śniadanie
i zastanawialiśmy się
czy można włożyć sobie lufę pistoletu do ust
i nie trafić w głowę.

3.
Dzwoni Edyta, wścieka się. Jej klient nie przyszedł
na umówione spotkanie, w dodatku nie odbiera telefonu.
– jestem bezsilna – mówi – Marek,
przywaliłbyś mu, gdybyś go teraz spotkał?

4.
Można.

5.
Dzwoni Edyta, mówi, że nie uwierzę:
klient odezwał się w końcu. Okradziono go,
a wcześniej oczywiście pobito – piątek
zaczął się od kałuży krwi na Podwalu.

Che Guevara zaciąga się dymem

– Ludwik Perney

Bądźmy realistami, żądajmy tego, co niemożliwe.
Che Guevara

Szczupły mężczyzna o twarzy studenta
komentuje zdjęcia z wycieczki do Nepalu
– chłopcy oczyszczają rzekę Bogmati,
wyławiają kawałki niedopalonego drewna.

Po chwili parafrazuje Che Guevarę
– Bądźmy realistami, spełniajmy marzenia,
które są nierealne.

Dopala się ciało nasączone olejkami,
z kłębu dymu wypływa łódka.

Camal zanurza rękę w brudnej wodzie,
wyjmuje spore polano, ochlapuje Raja
i śmieje się. Nieźle dzisiaj zarobią!

„Nie możemy pozostać obojętni na to,
co się dzieje w najdalszych zakątkach świata”
krzyczy Che Guevara,

ale mijam podróżnika,
zostawię go w przekonaniu,
że chłopcy czyścili rzekę.

Wiersz świąteczny, a nawet noworoczny

– Ludwik Perney

Wiktor dowcipkuje, że został moim synem,
bo nie doceniał dobrej matki, dobrego ojca
i bóg go ukarał. Spotkałeś boga, synku?

Robotnicy rozebrali most na drodze do szkoły.
Co rano żują kanapki i patrzą na wielką dziurę.
Planują żuć do świąt, możliwe, że nie zdążą
i dziura zostanie dziurą do końca roku.

Moglibyśmy jechać przez Rudzicę,
ale to z dziesięć kilometrów,
więc ruszamy miedzą.

Zatrzymuje nas stary, zmęczony człowiek,
to prywatna droga, krwawicą ją budowałem,
mówi i pociera oko. W końcu macha ręką:
nie ma sensu, żebyście jechali przez Rudzicę.

Docieramy na asfalt, grudki błota
wylatują z bieżnika i uderzają w nadkola.

Spotkałeś boga, synku? Jaki on jest?
Uprzejmy, odpowiada Wiktor,
ale srogi, dodaje po chwili.

Koniec dnia

– Ludwik Perney

kochanemu psiakowi Guru

Chwyciłem grudę ziemi za darń i poczułem
jak kołysze się bezwładnie – upadła tam
gdzie ją rzuciłem. Jej ciężar i obojętność

przemówiły mądrością strawionych istnień:
pies, który chwilę temu patrzył z miłością,
już upodobnił się do grudy ziemi.

Łapy przestały być łapami, pysk pyskiem,
tylko ogon wciąż był ogonem i milczał,
jakby postanowił oswoić mnie z ciszą.

Siedem ciosów na klatkę

– Ludwik Perney

Zdaje się, wczoraj przekonywałem rozmówcę,
że Azjaci produkują nie tylko tanio ale i dobrze,
a dziś skośnooki facet z drugiego końca świata
pisze do mnie, że wie jak wydłużyć mojego chuja.

Azjaci, czytałem o akcji protestacyjnej w Indiach
– chcecie mniejszych rozmiarów prezerwatyw,
bo standardowe zsuwają się podczas igraszek,
plączą się i potrafią zepsuć najlepszą zabawę.

Czy wasz list jest objawem męskiej solidarności,
czy zwykłego pragmatyzmu, jesteście w błędzie.
Nieraz patrząc na ciosy zadawane z szybkością
filmowych klatek, trapiłem się waszą krzywdą

skrywaną pod przesadnie luźnymi uniformami.
Nawet mnisi z Szaolin nie potrafili jej przeskoczyć
– tyle o solidarności, a co do pragmatyzmu, sorry,
nic nie zamówię, więc, bracia we płci, chuj z tym!

Podglądamy cię

– Ludwik Perney

Przekazywanie historyjek służy podglądaniu tańca
motyli – delikatnych struktur zaprojektowanych
z geniuszem przegrywającym jedynie ze światłem.

Jest coś przyciągającego w opisach tego błędu
zamieniającego duszę czy mózg w kilka neuronów
noszących jedną informację – jak w taniej zabawce.

Histeryczne uderzenia skrzydłami skupiają uwagę
– umiejętność zapamiętania najefektowniejszych
ruchów przyda się na pewno po kolejnej wylince.

Mówisz, że każdy pragnie poczuć się szczególny,
milczymy wystarczająco długo, żeby każdy z nas
zdążył zapytać siebie jak bardzo wciąż tego chce.

Nieważne o czym później rozmawiamy, meritum
okazuje się być rozżarzonym drucikiem pod owalną
banią szkła, o którą obijamy się dopóki nie zaśniemy.

Villanella dla Ludwika Perneya

– Ludwik Perney

autorka: Joanna Jakubik
http://soroka.netne.net/

Trzy epitafia na jednym grobie
i niebanalna treść w nich spisana,
zwykły konterfekt dają osobie.

Słowa podniosłe, ktoś je wypowie,
w nich perspektywa różna dodana.
Trzy epitafia na jednym grobie

Orzeźwiająco zabrzmią i dobiec
można do mety, bogom się kłaniać,
zwykły konterfekt dać swej osobie.

Czas się wypełni, znów się narodzę,
Żywym pomnikiem słowa zostaną
trzy epitafia na jednym grobie.

Tu leży człowiek, istnienie swoje
zaprojektował w złożony dramat.
Zwykły konterfekt dał swej osobie.

Zachłanność, dystans, w ostatniej dobie
z sensem istnienia razem podana.
Trzy epitafia na jednym grobie
Zwykły konterfekt dają osobie.

Szczęście

– Ludwik Perney

Stoję obok zafrasowanego ogrodnika, patrzymy
na sadzonki sosny czarnej – kilkanaście drzewek
w czarnych doniczkach.

Słucham o przędziorku, ochojniku i grzybach,
ogrodnik tłumaczy działanie oprysku – gęsta masa
zakleja jaja pasożytów i dusi.

Oleisty oprysk jest droższy od zwykłego, efektowne
wyobrażenie śmierci kosztuje. Ogrodnik wciąż mówi,
a ja myślę o ruchu dłoni brudnej od ziemi

– rolnik przeniósł larwę z rozbitej bryły na trawę.
Sens naszych istnień orientuje się na szczęście
robaków, które pożywią się ciałem.

Trzy epitafia na jednym grobie

– Ludwik Perney

Uwierzę w epitafium, którego prostota
i niebanalna treść czynią zmarłego zacnym
– wystarczy żyć zgodnie ze wzorem.

Treść popłynie do czytających niczym woda
z podziemnych skał – uderzy perspektywą
podaną chłodno i orzeźwiająco.

Pozbędę się niepokoju, męczących decyzji:
jak wypełniać czas, którym bogom się kłaniać,
z czego składać ofiary; będę żył w pewności.

Z tą chwilą znów się narodzę,
zostanę żywym pomnikiem starego życia,
pożegnam je i podsumuję słowami:

Spoczywa tu mężczyzna, który nie tylko poznał
sens istnienia, ale był również jego projektantem.
Ty, który czytasz epitafium, uważaj:

prawda połykana z należytym dystansem
ukoi, nadmierna zachłanność ściśnie gardło,
przypomni dziecinny ból zmrożonej skroni.

Jeśli nowe epitafium uznam za niedoskonałe,
pochowam moją drugą martwą połówkę
obok pierwszej i narodzę się po raz trzeci

Nie obowiązują mnie prawa szklanki,
w naszej kulturze trzy połówki to niewiele.

Pozagrobowe życie kobiet

– Ludwik Perney

Dobre kobiety również umierają,
ale po śmierci trafiają do raju,
by robić tam wszystko, co powinny.
Oczywiście to o czym pomyślałeś,
robią w twoim raju, ja mam swój.

Umierającym kobietom doskwiera
uporczywe swędzenie w miejscu,
w którym nie mogą się podrapać.
Swędzenie jest coraz dotkliwsze,
ostatecznie prowadzi do śmierci.

Purytańskie panie nie są dobre,
one jedynie wstydzą się podrapać.
Dobre kobiety umierają patrząc w niebo.
Po śmierci skrzydła rozrywają sukienki
– dobre kobiety wchodzą do raju

ubrane tylko w skarpetki i białe majtki.
Ich rzekoma bezpłciowość to bujda,
a czystość dotyczy jedynie higieny
– właśnie dlatego dobre kobiety
zmieniają czasem majtki na czerwone.

poezja, wiersze, proza, wydawnictwo literackie