Globalne ocieplenie

– Ludwik Perney

Wracam, zupełnie jakby to miasteczko było miejscem zbrodni,
jakbym chciał spotkać przestępcę doglądającego swoich dzieł.
Pamiętam tylko jedną zimę, kiedy mogłem przejść na drugi brzeg
– kilkaset metrów po lodzie. Mówiłeś, że takie zimy bywały częściej,

że nawet sanie zaprzężone w konie przejeżdżały po krze na uroczystości
w klasztorze. To było jednak tak dawno – nie znalazłem koni ani sań
na żadnym ze starych zdjęć. Na strychu stoi niewielki taboret z płozami.
Podobno na nim jeździłeś na wyspę. Wciąż nie rozumiem – po co?

Opowiadałeś o przejmująco głośnych trzaskach, kiedy pękały kry
wiosną, o wybuchach na rzece, gdy saperzy rozsadzali lód, żeby
nie zniszczył mostu w Wyszogrodzie – gdy po nim przejeżdżaliśmy,
słuchałem jak sczerniałe deski trzaskają pod ciężarem samochodu.

W ogromne powodzie wierzę, choć nie bez trudu. Wisła dziś płynie
tak spokojnie. Widziałem ślady na ogrodzeniach, murach budynków
stojących siedem metrów nad rzeką. Linia zaznaczona przez żywioł.

Kiedyś jeszcze przejdę na drugą stronę, dziadku. Zdarzają się czasem
mroźniejsze zimy. Już wiem – jeździłeś na taborecie, bo brzydził cię
brudny wychodek – wolałeś ciszę i spokój. Coraz częściej czuję to samo.

podziel się wrażeniami

*

poezja, wiersze, proza, wydawnictwo literackie