Siedem ciosów na klatkę

– Ludwik Perney

Zdaje się, wczoraj przekonywałem rozmówcę,
że Azjaci produkują nie tylko tanio ale i dobrze,
a dziś skośnooki facet z drugiego końca świata
pisze do mnie, że wie jak wydłużyć mojego chuja.

Azjaci, czytałem o akcji protestacyjnej w Indiach
– chcecie mniejszych rozmiarów prezerwatyw,
bo standardowe zsuwają się podczas igraszek,
plączą się i potrafią zepsuć najlepszą zabawę.

Czy wasz list jest objawem męskiej solidarności,
czy zwykłego pragmatyzmu, jesteście w błędzie.
Nieraz patrząc na ciosy zadawane z szybkością
filmowych klatek, trapiłem się waszą krzywdą

skrywaną pod przesadnie luźnymi uniformami.
Nawet mnisi z Szaolin nie potrafili jej przeskoczyć
– tyle o solidarności, a co do pragmatyzmu, sorry,
nic nie zamówię, więc, bracia we płci, chuj z tym!

Kto ma najszybszy skuter w mieście?

– Ludwik Perney

Martwe od lat przeboje obijają się o surowe zbocza
przy Szosie Transfogaraskiej, szukają powietrznego
pochówku, ale tu nie ma sępów, tylko owce i świnie.

Szymon domyka zamek tropiku, wtula twarz w śpiwór
i złorzeczy, że zaraz pójdzie do diabelskiego koczowiska,
spojrzy demonowi w oczy i wykpi jego muzyczny gust.

Cyganie zasypiają, dwa tysiące metrów nad poziomem
morza zapada cisza. Szymon włącza idiotyczny kawałek,
wyskakuje z namiotu i drze się z wokalistą i chórkiem:

„Nie, Sydney, nikt cię nie dogoni!”. Owinięty śpiworem
skacze wśród owczych bobków, rozkoszuje się myślą,
że refren będzie nękał Cyganów przynajmniej całe jutro.

Tu nie ma płotów? krowy chodzą samopas?

– Ludwik Perney

wiersz konkursowy „krowa i płot”

Kacha zaśmiewa się wspomnieniem z Syberii:
– Ewenkowie schlali się do nieprzytomności,
niedźwiedź wyczuł miód trzymany w namiocie,

rozdarł płótno i obudził przewodnika, a ten
zły o przerwany sen przywalił misiowi w nos.
Rano zakładaliśmy opatrunki na zoranej dupie!

Rozbijamy się. Zanim stanęły namioty, pasterz,
który przejeżdża obok, krzyczy, że to jego pole,
ale nie ma nic naprzeciw i życzy dobrych snów.

Kacha dzieli się informacją, że znakomita większość
niedźwiedzi Europy żyje w Rumuńskich Karpatach.
Kijki stelaża namiotu przestają pasować do dziurek,

ale tylko w dłoniach Szymona – z pomocą Kaźmirza
namiot pręży się już po chwili. Szymon słyszy trzask,
szepcze pytania, które staną się wieczorną modlitwą.

Jaki jest twój najczulszy punkt?

– Ludwik Perney

Najłatwiej cię dotknąć, Szymon, drwiąc
z twojego wyglądu, chciałem cię urazić,
dlatego żartowałem właśnie w taki sposób

– wyjaśnia spokojnie Kaźmirz – bo widzisz,
skrytykowałeś moje prowadzenie Alhambry,
tym samym uderzyłeś w mój najczulszy punkt.

Szymon otwiera turystyczną lodówkę – Tyskie,
czy lokalesa? Dwa psyknięcia i obaj piją Ursusa.
Dzień kończy się ciszą, jasnym od pełni niebem.

Szymon zapatrzył się na oszronioną puszkę,
a po chwili na Agnieszkę i zadał sobie pytanie,
które zostanie w nim do ostatniej małżeńskiej kłótni.

Ile zła ma w sobie echo?

– Ludwik Perney

W Turcji obowiązuje stare prawo umożliwiające
budowanie domu w każdym miejscu, o ile uda się
to zrobić w jedną noc – przypomina sobie Kacha.

My jednak jesteśmy w Rumunii. Jeśli gospodarz
zechce nas przepędzić, uprosimy go polską wódką,
albo po prostu spakujemy namioty i odjedziemy.

Chyba nas nie zauważył, za to jego pies szczeka
niepokojony odszczekiwaniem z lasu. Dyskusja
się nie kończy, bo ten z lasu przedrzeźnia stróża.

Odpowiedzi są echem – zdumiewająco wyraźnym,
głośniejszym od oryginału! Szymon nieruchomieje,
trawi myśl, która strawi go każdego wieczoru przy lesie.

Gdzie podział się rumuński demon?

– Ludwik Perney

Kościelny dzwon wisi na tymczasowej konstrukcji
tuż nad ziemią. Dzwonnik – chudy, szary chłop
o charakterystycznej twarzy – to idealny obiekt.

Szymon skupił się na nagrobkach, nie zauważa
demonicznie zaklinanego sakramentu chrztu
– matka klęczy pochylona w niewygodnej pozycji,

trzyma dziecko tuż pod grymasami popa i dłonią
która jest mimem rozgniewanego Boga. Edyta
szuka najlepszego światła, naciska spust.

Demon chyba nie chce opuścić ciałka, modlitwa
trwa już kilkadziesiąt minut. Głos dziecka zachrypł,
wrzask nie ustaje. Twarze demona zastygły

na matrycach Edyty i Kachy. Szymon unosi obiektyw,
dzwonnik uderza w dzwon i pojawia się pytanie,
które zostanie w Szymonie do końca wszystkich chrztów.

Czy mogę przywiązać się do twoich przedmiotów?

– Ludwik Perney

Monastyr okazał się krzyżem pomalowanym
wściekle czerwoną farbą. Kuszące fantazje
o noclegu w ogrodzie pod okiem Boga prysły.

Szymon, Agnieszka i Kaźmirz zasypiają w fotelach
Alhambry na parkingu obok przydrożnej knajpy.
Ryglując wszystkie zamki wspominali przestrogę:

„Otwarte drzwi stanowią dla Cyganów zaproszenie”
– ciekawe jak odbierają lekko opuszczoną szybę?
Szymon śni przebudzenie, smagłą twarz za oknem,

próbuje odczytać jej wyraz. Przejeżdżający samochód
oświetla ją na moment – ciemne oczy wyraźnie pytają.
Pytanie zostanie w Szymonie do końca wszystkich snów.

Podglądamy cię

– Ludwik Perney

Przekazywanie historyjek służy podglądaniu tańca
motyli – delikatnych struktur zaprojektowanych
z geniuszem przegrywającym jedynie ze światłem.

Jest coś przyciągającego w opisach tego błędu
zamieniającego duszę czy mózg w kilka neuronów
noszących jedną informację – jak w taniej zabawce.

Histeryczne uderzenia skrzydłami skupiają uwagę
– umiejętność zapamiętania najefektowniejszych
ruchów przyda się na pewno po kolejnej wylince.

Mówisz, że każdy pragnie poczuć się szczególny,
milczymy wystarczająco długo, żeby każdy z nas
zdążył zapytać siebie jak bardzo wciąż tego chce.

Nieważne o czym później rozmawiamy, meritum
okazuje się być rozżarzonym drucikiem pod owalną
banią szkła, o którą obijamy się dopóki nie zaśniemy.

Villanella dla Ludwika Perneya

– Ludwik Perney

autorka: Joanna Jakubik
http://soroka.netne.net/

Trzy epitafia na jednym grobie
i niebanalna treść w nich spisana,
zwykły konterfekt dają osobie.

Słowa podniosłe, ktoś je wypowie,
w nich perspektywa różna dodana.
Trzy epitafia na jednym grobie

Orzeźwiająco zabrzmią i dobiec
można do mety, bogom się kłaniać,
zwykły konterfekt dać swej osobie.

Czas się wypełni, znów się narodzę,
Żywym pomnikiem słowa zostaną
trzy epitafia na jednym grobie.

Tu leży człowiek, istnienie swoje
zaprojektował w złożony dramat.
Zwykły konterfekt dał swej osobie.

Zachłanność, dystans, w ostatniej dobie
z sensem istnienia razem podana.
Trzy epitafia na jednym grobie
Zwykły konterfekt dają osobie.

Szczęście

– Ludwik Perney

Stoję obok zafrasowanego ogrodnika, patrzymy
na sadzonki sosny czarnej – kilkanaście drzewek
w czarnych doniczkach.

Słucham o przędziorku, ochojniku i grzybach,
ogrodnik tłumaczy działanie oprysku – gęsta masa
zakleja jaja pasożytów i dusi.

Oleisty oprysk jest droższy od zwykłego, efektowne
wyobrażenie śmierci kosztuje. Ogrodnik wciąż mówi,
a ja myślę o ruchu dłoni brudnej od ziemi

– rolnik przeniósł larwę z rozbitej bryły na trawę.
Sens naszych istnień orientuje się na szczęście
robaków, które pożywią się ciałem.

poezja, wiersze, proza, wydawnictwo literackie