Żółwie, rybki, autobusy

– Ludwik Perney

W autobusie w Qingdao nie ma żółwia,
nie ma złotych rybek, więc nie ma szczęścia,

nie dojadę na kolejowy dworzec, nie dojadę.

Pasażerowie znają mandaryński,
ryby nie nazwą rybą, żółwia żółwiem,

nie dojadę na kolejowy dworzec, nie zdążę.

Nie bądź nieśmiały, chłopcze, proszę, powiedz
choć kilka słów, na przykład: train station, hę?

Nie, nie, nie, man, it’s Qingdao bus blues!

W autobusie w Qingdao nie ma żółwia,
ani rybek, nie czekamy na szczęście,

nie dojadę na kolejowy dworzec, nie dojadę.

Pasażerowie patrzą na białasa
i w zagubieniu widzą zagubienie,

nie dojadę na kolejowy dworzec, nie zdążę.

Nieśmiały chłopiec podaje telefon,
a z nim słodki głos, rozkoszny głos szczęścia:

wysiądź jak najszybciej, it’s wrong bus blues!

Bańka cukru

– Ludwik Perney

Chinka wzrusza ramionami, gdy mówię o Ukrainie.
Pokazuje szaszłyki z piskląt, ze skorpionów (wiją się
nabite jeden za drugim). Może talizman na lusterko?
Przyniesie szczęście, luz i uśmiech białego modela

– z ulicznych bilboardów uśmiechają się głównie biali,
Chińczycy brylują i krzyczą z telewizora w Hua Fu Hotel.
W programach czarno-białe filmy o budowaniu kolei,
chińska choroba wenezulska i wszelkie gatunki wojenne.

Pisklęta ignoruję, skorpiony to skorupka i drżące kolce,
wenezuela powoduje mdłości, a czarno-białe filmy nużą.
Wybieram grillowane ośmiornice, na deser świeże truskawki
zatopione w bańce cukru. Z programów pozostaje wojna.

To nie smog, lecz fog

– Ludwik Perney

Monitor nad korytarzem pociągu do Qingdao
wyświetla modelki w prześwitujących wdziankach,
a chwilę później chłopaka o długich, jasnych włosach
– ślizga się na serfingowej desce po ryżowych polach,
skacze między nimi. Soczysta zieleń i ostrość obrazu
– nie ma smogu, fog otoczył tylko niziny za oknem.

Pasażerowie zastygają nad smartfonami, różnią się
sposobem rozmowy – starsi krzyczą, jak podczas kłótni,
młodzi zdradzają niewidzialnym znajomym tajemnice.
Miejscowości kończą się dzielnicami nowych wieżowców
– podobno w Dubaju pracuje większość dźwigów świata,
ta informacja rozmywa się we mgle, potem dusi w smogu.

Chińczycy mówią tak, jakby wciąż mieli coś w ustach,
jakby nie przestawali jeść. Jedzenie ma tu inny wymiar.
Nie jest koniecznością, lecz przyjemnością i pięknem.
Wieczorem smog odsłania rozświetlone neonami ulice,
grupy kobiet tańczą niczym chłopcy z boysbandów,
albo wielbiciele country. Mgła zakrywa zimne biurowce.

Wódka, guzik i inne korzyści

– Ludwik Perney

Od chwili gdy zrozumiałem, że mógłbym napisać wiersz
o guziku znalezionym w mongolskim stepowym żwirze,
od chwili gdy zrozumiałem, że nie ma sensu wspominać
w wierszu o mongolskiej wódce (nawet jeśli nazwę ją „archi”),

od chwili gdy na podłodze domu, którego nie pokochałem
(ale z czasem pokocham), ujrzałem nagą kobietę – właściwie
nie nagą, lecz więcej, bo odzianą w zmysłową bieliznę
(leżała nieskrępowana nagością, czekała, aż do niej zejdę),

do chwili gdy trzymając mongolski guzik pożałowałem,
że jest zbyt mały, żeby zdobić ścianę (zaginąłby na niej,
jak na stepie), do chwili gdy wyciągając z kartonu butelkę
ukraińskiej wódki pomyślałem, że jest smaczniejsza od archi,

do chwili gdy okazało się, że kobietę ułożył na podłodze stolarz,
że jest ona zimną, prawie nagą suką, właściwie obrazem kobiety
nadrukowanym na martwym bilbordzie, mogłem pogodzić się
z każdym zdemaskowanym złudzeniem. Ale nie skorzystałem.

Dwudziestu parafian sekty w Bijsku

– Ludwik Perney

Prawosławny krzyżyk ukryty między piersiami Jeleny,
piersi Jeleny skwierczące w słońcu na plaży nad Biją,
Bija gęsta i ciepła jak ruskie piwo w dwulitrowej butelce.

Pieprz na prostym stole, pieprzniczka w dłoni Andrzeja,
który jedynie tak może popieprzyć, bo jest księdzem.

– Przepraszam, pewien znajomy wierzył w Boga
i właśnie umarł. Ucieszyłby się, gdyby ta msza
odbywała się w jego intencji. Ale umarł.

Jelena mówi, że krzyżyk między piersiami jest prawosławny,
bo przecież katolicy to sekta. Nie pieprz, Jelena.

Pieprz na prostym stole, na foliowym obrusie.

Mieszkania przechodnie

– Ludwik Perney

Śniło mi się, że wszystkim się coś śniło
i każdy chciał opowiadać swoje sny.
Mieszkałem na końcu długiego tunelu
wyrytego w skale. Żeby położyć się,
musiałem przejść przez ciąg mieszkań
– bo były one przechodnie – i słuchać
o snach każdego, kogo mijałem.
Mieszkałem na końcu długiego tunelu,
każdy, kogo mijałem, opowiadał sny
i nikt nie chciał słuchać o moich snach,
bo moje mieszkanie było na końcu tunelu
i nie było przechodnie. Żeby położyć się,
musiałem przejść wszystkie mieszkania
i wysłuchać nużących opowieści o snach,
bo każdy chciał opowiedzieć swoje sny
i nikt nie chciał słuchać o moich, bo moje
mieszkanie było na końcu długiego tunelu.

Nadzy chłopcy

– Ludwik Perney

Młody poeta zaciska dłonie na oparciu fotela, uśmiecha się
i nieruchomieje. Prowadzący mówi o jego rozliczeniach,
homoerotykach. Wiersz o żołądku, przełykaniu, przełyku.
Młody poeta jest dojrzały – odciął młodość debiutancką książką.

Stary poeta kokietuje uśmiechem, zaznacza, że wiersze
nie są autobiograficzną notą. Jego peel jest chłopcem,
pływa nago w basenie, ociera się o innego nagiego chłopca.
Stary poeta jest nagim chłopcem – odciął się od starości książką.

Młody poeta przeżył wystarczająco dużo, żeby nie pamiętać
– nie pamięta pierwszego obrazu, który zapamiętał jako dziecko.
Stary poeta przeżył wystarczająco dużo, żeby pamiętać wiele
– basen w Cygańskim Lesie, piękne nagie ciało kolegi z dzieciństwa.

Am 5:1

– Ludwik Perney

Słuchajcie tej mowy, którą jako pieśń
żałobną o was śpiewam w domu Izraela!

Ojciec uwięził cię w świątyni, modlisz się bezwiednie
z braćmi i siostrami o jego bogactwa – w nadziei
na szczodry testament. Zapomniałeś, że twój przodek
był cieślą. Dziedzictwo to młotek i garść gwoździ.

Głowa jest, później jej nie ma. Jesteś Żydem egipskim,
jesteś Żydem sudańskim, syryjskim, więc nie jesteś.

Budujesz dom na ojcowiźnie. Zbijasz deski, nosisz cegły.
Skóra błyszczy potem, sztywniejesz dźwigając taczkę.
Podnosisz młotek, a krzyczą, jakbyś rzucał granat,
lamentują jak suche drewno, w które wbijasz gwóźdź.

Noga jest, później jej nie ma. Jesteś Żydem afgańskim,
jesteś Żydem sudańskim, syryjskim, więc nie jesteś.

Świat boi się ręki cieśli. Twój dom jest zbrodnią,
twój dom jest gwałtem. Nie buduj domu, bo dom
jest bronią potężniejszą od nuklearnej, a młotek
groźniejszy niż trotyl na brzuchu zamachowca.

Ręka jest, później jej nie ma. Jesteś Żydem izraelskim,
jesteś Żydem izraelskim, izraelskim, wciąż jesteś.

Wiadomość z Serbii

– Ludwik Perney

Serbskie dziewczyny – taka wiadomość – chcą,
żebyś je brał. Poproszę o detale, pamiętam,
że nie były śmiałe. Trzymały dystans, mówiły mało
i tylko po serbsku. Wiadomość brzmi:
serbskie dziewczyny chcą, żebyś je rżnął,

Czuję dreszcze. Przypomina się bośniacka wieś,
w której zniszczono każdy dom. Tabliczki
z piszczelami i czaszką przy poboczach,
gdzie chciałbyś rozprostować kości,
drzewa wyrastające z ruin na peryferiach.

Wiosenny zew, czekamy na słońce w Sarajewie
i Nowym Sadzie. Gdzie jesteście, dziewczyny,
odsłońcie wdzięki! – nawołuje natura.
Domaga się równowagi, rozsyła wiadomość:
za zarżniętego Bośniaka zerżnięta Serbka.

Mi 2:8

– Ludwik Perney

wyrywajcie płaszcz przechodniom,
którzy czują odrazę do walki.

Niech Jerome Goldamer, jego żona i dzieci żyją w pokoju,
guest house który prowadzą w Ischkaschim przynosi zyski,
a żaden z sąsiadów, Afgańczyków, nie zechce uciąć im głów.

To moja modlitwa, wzgardzę tobą,
jeśli nie odmówisz jej szczerze,
znienawidzę, jeśli nią wzgardzisz.

Niech lewa ręka nie udaje prawej, bo rozleje zupę,
niech nie sięgają obie po serwetkę, bo ją rozedrą,
niech lewa ręka nie udaje prawej, a prawa lewej.

To moja modlitwa, wzgardzę każdym
kto nie odmówi jej codziennie,
znienawidzę, jeśli nią wzgardzi

Niech każdy, kto nie przykłada ręki do naszej sprawy,
zrozumie, że jest jak śpiący pies. Złodzieje okradają sad.
Niech doczeka kary on, jego żona, dzieci i dzieci dzieci.

poezja, wiersze, proza, wydawnictwo literackie