Nadzy chłopcy

– Ludwik Perney

Młody poeta zaciska dłonie na oparciu fotela, uśmiecha się
i nieruchomieje. Prowadzący mówi o jego rozliczeniach,
homoerotykach. Wiersz o żołądku, przełykaniu, przełyku.
Młody poeta jest dojrzały – odciął młodość debiutancką książką.

Stary poeta kokietuje uśmiechem, zaznacza, że wiersze
nie są autobiograficzną notą. Jego peel jest chłopcem,
pływa nago w basenie, ociera się o innego nagiego chłopca.
Stary poeta jest nagim chłopcem – odciął się od starości książką.

Młody poeta przeżył wystarczająco dużo, żeby nie pamiętać
– nie pamięta pierwszego obrazu, który zapamiętał jako dziecko.
Stary poeta przeżył wystarczająco dużo, żeby pamiętać wiele
– basen w Cygańskim Lesie, piękne nagie ciało kolegi z dzieciństwa.

Am 5:1

– Ludwik Perney

Słuchajcie tej mowy, którą jako pieśń
żałobną o was śpiewam w domu Izraela!

Ojciec uwięził cię w świątyni, modlisz się bezwiednie
z braćmi i siostrami o jego bogactwa – w nadziei
na szczodry testament. Zapomniałeś, że twój przodek
był cieślą. Dziedzictwo to młotek i garść gwoździ.

Głowa jest, później jej nie ma. Jesteś Żydem egipskim,
jesteś Żydem sudańskim, syryjskim, więc nie jesteś.

Budujesz dom na ojcowiźnie. Zbijasz deski, nosisz cegły.
Skóra błyszczy potem, sztywniejesz dźwigając taczkę.
Podnosisz młotek, a krzyczą, jakbyś rzucał granat,
lamentują jak suche drewno, w które wbijasz gwóźdź.

Noga jest, później jej nie ma. Jesteś Żydem afgańskim,
jesteś Żydem sudańskim, syryjskim, więc nie jesteś.

Świat boi się ręki cieśli. Twój dom jest zbrodnią,
twój dom jest gwałtem. Nie buduj domu, bo dom
jest bronią potężniejszą od nuklearnej, a młotek
groźniejszy niż trotyl na brzuchu zamachowca.

Ręka jest, później jej nie ma. Jesteś Żydem izraelskim,
jesteś Żydem izraelskim, izraelskim, wciąż jesteś.

Wiadomość z Serbii

– Ludwik Perney

Serbskie dziewczyny – taka wiadomość – chcą,
żebyś je brał. Poproszę o detale, pamiętam,
że nie były śmiałe. Trzymały dystans, mówiły mało
i tylko po serbsku. Wiadomość brzmi:
serbskie dziewczyny chcą, żebyś je rżnął,

Czuję dreszcze. Przypomina się bośniacka wieś,
w której zniszczono każdy dom. Tabliczki
z piszczelami i czaszką przy poboczach,
gdzie chciałbyś rozprostować kości,
drzewa wyrastające z ruin na peryferiach.

Wiosenny zew, czekamy na słońce w Sarajewie
i Nowym Sadzie. Gdzie jesteście, dziewczyny,
odsłońcie wdzięki! – nawołuje natura.
Domaga się równowagi, rozsyła wiadomość:
za zarżniętego Bośniaka zerżnięta Serbka.

Mi 2:8

– Ludwik Perney

wyrywajcie płaszcz przechodniom,
którzy czują odrazę do walki.

Niech Jerome Goldamer, jego żona i dzieci żyją w pokoju,
guest house który prowadzą w Ischkaschim przynosi zyski,
a żaden z sąsiadów, Afgańczyków, nie zechce uciąć im głów.

To moja modlitwa, wzgardzę tobą,
jeśli nie odmówisz jej szczerze,
znienawidzę, jeśli nią wzgardzisz.

Niech lewa ręka nie udaje prawej, bo rozleje zupę,
niech nie sięgają obie po serwetkę, bo ją rozedrą,
niech lewa ręka nie udaje prawej, a prawa lewej.

To moja modlitwa, wzgardzę każdym
kto nie odmówi jej codziennie,
znienawidzę, jeśli nią wzgardzi

Niech każdy, kto nie przykłada ręki do naszej sprawy,
zrozumie, że jest jak śpiący pies. Złodzieje okradają sad.
Niech doczeka kary on, jego żona, dzieci i dzieci dzieci.

Ks. Kapłańska 3:17

– Ludwik Perney

To jest ustawa na dalekie czasy i pokolenia:
Potrawy z tłuszczu i krwi jeść będziecie!

To nie krew, lecz wino, załóżmy jednak, że krew
– z każdym łykiem jesteś bliżej Pana. To nie duch,
lecz ciało, załóżmy jednak, że dusza – z każdym kęsem
oddalasz się od głodu, a sytość jest błoga.

To nie mięso, lecz ścięgna, załóżmy jednak, że mięso
– z każdym gryzem wypełniasz nim trzewia. To nie sok,
lecz ślina, załóżmy jednak, że sok – każdą kroplą
spływa w ciebie szczera modlitwa.

To margaryna czy masło, ziarno czy karmel,
miłość czy pręgierz, scena czy szafot?

To tłuszcz czy tłuszcza? Chciałbym wiedzieć,
czym smarujesz chleb.

Przejażdżka

– Ludwik Perney

Przez tę bramę nie mogła przechodzić służba. Przechodzę
i dosiada mnie pogarda. Wbija pięty między żebra
– nie pozwala zgadnąć kto kim gardził, kto kim gardzi.

Słyszałeś jak skrzypiały schody? Zadzwoniłem, ktoś otworzy,
spojrzy na mnie i zapyta po co przyszedłem, a pogarda wierzga
jakbym to ja jej dosiadł. Kto kim gardził, kto kim gardzi?

Słyszę kroki za drzwiami, ale nikt nie otwiera. – Słyszę cię
– myślę. – Widzę cię – myśli ktoś za szkiełkiem judasza.
Pięta przeskakuje między żebrami. Kto kim gardził, kto kim gardzi?

Schodzę po skrzypiących stopniach, zbliżam się do bramy.
Pogarda zostaje za dębową framugą. Odchodzę i gardzę nią,
bo nie zdołała mnie ponieść. Gardzę sobą, że mnie dosiadła.

Spacer nad Zaporę

– Ludwik Perney

Idziemy nad Zaporę. Mówię do Wiktora,
że mijani ludzie lampią się na moją nogę.
– Zwróć uwagę na tę parę, spojrzą oboje.
Wiktor przygląda się, mijamy ich.

– Nie patrzyli, coś sobie ubzdurałeś,
masz hopla z tą nogą! – Wiktor zagląda
mi w oczy, a ja odpowiadam, że ludzie
lampią się na moją nogę. – A tych dwoje

spłoszyłeś, bo gapiłeś się zbyt intensywnie.
Spróbuj dyskretnie, załóż okulary i zerknij,
gdy będziemy mijać tę dziewczynę z pieskiem,
zobaczysz, będzie lampić się na moją nogę!

Wiktor patrzy przed siebie, zasłonił oczy
okularami i gdy ją mijamy, zerka. Ja też
zerkam. – Nie spojrzała, widzisz? – mówi,
więc odpowiadam mu, że ta dziewczyna,

tak jak wszyscy, lampiła się na moją nogę.
– Nie widzisz tego, bo ta noga jest moja,
dostrzegłbyś każde spojrzenie, każdy ruch oka
wykonany, żeby lampić się na twoją nogę.

Analiza autorstwa Alx’a z PoeWiki

 

 

 

Przywitania, pocałunki

– Ludwik Perney

Kasia otwiera okno i powtarza,
żebyśmy jechali ostrożnie. Kiwamy
głowami – tak jak odpowiada się „cześć”.

Pierwsze krople deszczu nie określają się
– nie są dobre, ani złe, nie chcą przeszkadzać,
ani pomagać – mówią „hej”.

Ziemia pozdrowiła mnie uściskiem
– gwałtownie, nie pytając o zgodę.
Takie czułości z podłożem to przesada.

Kasia mówi „a nie mówiłam” i milknie.
Dopiero gdy potwierdzam, że pamiętam,
uśmiecha się i wita pocałunkiem w policzek.

Rozmowy, gesty, kot

– Ludwik Perney

Pomarszczony mężczyzna, którego bladą głowę
pokrywają strzępki białych włosów, rozmawia
z nieco młodszą kobietą, ja rozmawiam ze sobą.

Czterdziestoletnia na oko kobieta, nieco zbyt obfita
w udach, biodrach i ramionach, rozmawia z mężem,
który mieści się w wąskich jeansach; rozmawiam ze sobą.

Zmęczony, młody lekarz zerka na świeżą bliznę na dłoni
dziewczyny w czarnych getrach i nie przerywa rozmowy
– pacjentka czeka na ból, czekam co powiem.

Ból nie nadchodzi, przysłał lęk – rozmawia z dziewczyną,
obfitą panią, znosi ignorancję jej męża, rutynę lekarza,
nieuwagę starszej pary i ociera się o blizny na mojej kostce.

Neh 3:37

– Ludwik Perney

Grzech ich niech nie będzie przed Tobą ukazany,
albowiem obraźliwie odnosili się do budujących.

Raj jest księciem, więc Katmandu jest jego miejscem,
Camal zszedł tu z wioski. Podłączył kabel do kłębowiska
na słupie i wraz z rodziną buduje piąte betonowe piętro
– gdy zaleje sufit, wypuści zbrojeniowe druty na szóste.

Raj jest księciem, samochody nie powinny wycierać kurzu
o jego koszulę, a uliczki w centrum są wystarczająco wąskie,
żeby minięcie się pojazdów szerszych niż tuktuki było cudem.
Camal wita rodzinę kuzyna – wypuszczą druty na siódme.

Raj jest księciem, insygnia nosi na plecach – cztery blizny
po ciosach zadanych nożem. Gdy upadł, łańcuszek zsunął się
z szyi, a z palca sygnet. Camal wita rodzinę wujka – na ósme
podobno nie dotrze kurz, więc woda nie będzie tak potrzebna.

Raj jest księciem bez blasku – słońce z trudem dociera na ulicę.
Camal wita rodzinę, pomaga wypuszczać druty na dziewiąte
i marzy o wysokości, na której nie przeżywałyby konie, ani smog
– o wysokości na której zdrowy jak dawałby mleko jak w wiosce.

poezja, wiersze, proza, wydawnictwo literackie